Na zewnątrz było przenikliwie zimno, wiatr wbijał się w kości. Wiecie, to taki chłód, kiedy nie ma się w co ubrać – a i tak nie miałam w co się ubrać. Żołądek ściskał mi się z głodu. Burczał tak głośno, że miałam wrażenie, że przechodnie się odwracają. Szłam chodnikiem, zerkając przez ogromne, jasno oświetlone okna restauracji. Zapach gorącego jedzenia sączył się przez szpary i palił mnie mocniej niż mroźne powietrze. A w kieszeni – ani grosza. Całkowicie pusta.
Długo się wahałem, zanim wszedłem. Byłem wręcz zawstydzony, ale głód był silniejszy niż duma. Zebrawszy odwagę, powoli wślizgnąłem się do jednego z luksusowych lokali. Upał, zapach smażonego mięsa i świeżego pieczywa uderzył mnie tak mocno, że od razu łzy napłynęły mi do oczu. Udawałem, że kogoś szukam, ale w rzeczywistości rozpaczliwie szukałem stolika, z którego klienci właśnie odeszli, a kelnerzy nie zdążyli jeszcze go sprzątnąć.