Jego twarz natychmiast się zmieniła. Arogancja, która ciążyła mi latami, ustąpiła miejsca czystej, dziecinnej panice.
— „Lorena, ja… porozmawiajmy”.
— „Próbujemy porozmawiać od pięciu lat” — powiedziałam, podnosząc torbę. „Od teraz rozmawiamy inaczej”.
Wyszłam z domu, a zimne poranne powietrze uderzyło mnie w twarz. Zatrzymałam się w drzwiach, wpatrując się w pustą ulicę i wzięłam głęboki oddech. Po raz pierwszy nie czułam się już więźniem.
Ale żyję.
Kiedy przyszłam do pracy, moje ręce były zimne, a emocje silne jak dom. Ale z upływem godzin czułam, że się do siebie dochodzę. Ludzie patrzyli na mnie jak na całość, a nie jak na wyrostek.
Trzeciego dnia zadzwoniła do mnie pracownica socjalna:
— „Proszę pani, pani mąż odmawia współpracy. Lepiej, żeby pani przyszła”.
Poszłam. Zastałam go rozgniewanego, zdenerwowanego, drażliwego. Ale kiedy zobaczył mnie w drzwiach, coś pękło w jego oczach. Może duma, może arogancja, może jedno i drugie.
— „Lorena… nie odchodź. Nie mam nikogo”.