wydał swoją córkę za mąż

„Ktoś nadchodzi” – powiedziała, a jej głos przebił się przez trzask ognia. Wstała, instynktownie sięgając dłonią po rękojeść małego srebrnego noża, który trzymała do ścinania ziół – i po cienie, które wciąż czuła, jak czają się na skraju ich życia.

Głośne pukanie wstrząsnęło ciężkimi dębowymi drzwiami.

Jusza podszedł do wejścia, a jego twarz stwardniała niczym maska ​​lekarza, którym kiedyś był. Otworzył je i zobaczył mężczyznę przemoczonego lodowatym deszczem, odzianego w zachlapaną błotem liberię królewskiego posłańca. Za nim stał drżący czarny powóz, którego lampy migotały niczym gasnące gwiazdy.

„Szukam człowieka, który naprawia to, co inni wyrzucają” – wysapał posłaniec, a jego wzrok powędrował do wnętrza ciepłej chaty. „Mówią w mieście, że mieszka tu duch. Duch z rękami boga”.

Krew Juszy zamarzła. „Szukasz żebraka. Jestem prostym człowiekiem”.

„Prosty człowiek nie uratuje życia synowi drwala, wykonując trepanację czaszki” – odparł posłaniec, robiąc krok naprzód. „Mój pan jest w powozie. Umiera. Jeśli wyda ostatnie tchnienie na twoim progu, ten dom obróci się w popiół przed świtem”.

Zainab podeszła do Juszy, kładąc dłoń na jego ramieniu. Czuła gorączkowe wibracje jego pulsu. „Kim jest ten pan?” – zapytała spokojnym, zimnym głosem.

„Syn gubernatora” – wyszeptał posłaniec. „Brat dziewczyny, która zginęła w Wielkim Pożarze”.