Ilinca rysowała palcem po glinianej ścianie.
Maria zamknęła drewniane drzwi i po raz pierwszy od wielu miesięcy przestała się bać.
W styczniu nadeszła zamieć.
Przez trzy dni wiał bez przerwy. Śnieg pokrył równinę, pochłonął płoty, zniszczył drogę do wioski.
Czwartego dnia, gdy niebo się przejaśniło, mieszkańcy wioski wyszli zobaczyć, co zostało.
Niektórzy spodziewali się znaleźć tylko przewrócony wóz i ślady naniesione przez wiatr.
Zamiast tego ujrzeli niewielkie, okrągłe wzgórze, z którego wydobywał się dymiący komin.
Drzwi się otworzyły.
Maria wyszła pierwsza, wyprostowana.
Za nią podążali Matei i Ilinca, z rumieńcami na policzkach.
Gheorghe Florea zbliżał się powoli. Uderzył dłonią w gliniany mur.
Był twardy jak skała.
— Udało ci się… — mruknął.
Maria się uśmiechnęła.
Nie szeroko. Nie triumfalnie.
Ale cicho.
Wiosną dwóch innych sąsiadów zaczęło zakopywać swoje domy głębiej w ziemi.
Vasile Munteanu nigdy więcej nie wspomniał o 100 lei.