„Wybacz mi, mamo” – wyszeptałam. „Jeszcze tylko miesiąc”.
Następnego ranka wszedłem do jubilera w centrum – takiego, który pachnie polerowanym drewnem i zimną klimatyzacją. Na szyldzie widniał napis „Whitaker & Sons Jewelers” , wciśnięty między bank a kancelarię prawną. Pasujące, pomyślałem. Idealne miejsce, żeby z uprzejmym uśmiechem zgubić coś cennego.
Za ladą stał szczupły mężczyzna w skrojonej na miarę szarej kamizelce, z lupą jubilerską zawieszoną na szyi.
„W czym mogę pomóc?” zapytał uprzejmie.
„Chciałabym to sprzedać” – powiedziałam, kładąc naszyjnik na szkle tak ostrożnie, jakby miał się rozbić.
Spojrzał na to.