Spojrzałam na niego uważnie. Dwadzieścia cztery lata. Znałam każdą zmarszczkę przy jego oczach, każdą intonację. Teraz w jego głosie brzmiała nuta irytacji — ledwo uchwytna, ale dla mnie wyraźna. Tak mówił, gdy kelner spóźniał się z menu albo kierowca podjeżdżał pod złe wejście. — Kaczka stygnie — powiedziałam spokojnie.
Zatrzymałam się o krok od stolika kawowego.
— Jak to stygnie? — zmarszczył brwi. — Przecież prosiłem… — Prosiłeś o królewski stół — skinęłam głową. — Był gotowy. Zrobiłam pauzę. — Ale zmiana się skończyła. W pokoju zawisła cisza.
Krzysztof powoli odstawił kieliszek na stolik. Szkło cicho stuknęło o drewno. — Przepraszam… — przeciągnął, przyglądając mi się uważniej, niż wypadało gościowi. — Jaka zmiana? Marek parsknął śmiechem, ale zabrzmiało to sztucznie. — Daj spokój, Krzysztof… Ona żartuje. Elżbieto, nie zaczynaj. Mamy gościa. — Właśnie dlatego — odpowiedziałam. — Weszłam.