Zatrzymałam się o krok od stolika kawowego.
— Nie — powiedziałam cicho. — Teraz właśnie wystarczy. Spojrzałam na niego tak, jak nigdy wcześniej. Nie jak żona. Jak ktoś, kto już podjął decyzję. — Masz rację — mówiłam spokojnie. — Jestem wygodna. Oszczędna. Milczę. Umiem gotować i liczyć pieniądze. Przez dwadzieścia cztery lata pomagałam ci wyglądać na mądrzejszego, bogatszego i bardziej perspektywicznego, niż byłeś.
Otworzył usta, ale podniosłam dłoń. — Nie przerywaj. Zbyt długo mówiłeś sam. Krzysztof odchylił się w fotelu, splatając palce. — Ciekawa kolacja — mruknął. — Dla mnie — owszem — zgodziłam się. — Dla pana może po prostu zaskakująca.
Marek spróbował chwycić mnie za łokieć. — Chodź do kuchni. Natychmiast. Cofnęłam się o krok. — Nie dotykaj mnie. Zastygł.
— Co ty… — Przed chwilą tłumaczyłeś swojemu szefowi, że jestem wytresowana, żeby podawać i nie przeszkadzać. Więc przestałam przeszkadzać. Uśmiechnęłam się. Po raz pierwszy tego wieczoru — naprawdę. — Wychodzę.