Zatrzymałam się o krok od stolika kawowego.

— To była moja szansa! — Nie — odparłam spokojnie. — To był twój portret. Podszedł do mnie. — Wszystko zepsułaś! — Przez dwadzieścia cztery lata wszystko ci naprawiałam — odpowiedziałam. — Od dziś radź sobie sam.

— Dokąd pójdziesz? — zapytał już mniej pewnie. — Tam, gdzie nie jestem traktowana jak wyposażenie. — Beze mnie zginiesz — wypalił odruchowo. Roześmiałam się. Cicho.

— Marek… jestem główną księgową z dwudziestoletnim stażem. Mam własne konto, którego nigdy nie sprawdzałeś, bo ja przecież wszystko liczę. Mam przyjaciółkę notariuszkę i prawnika, z którym pomagałam twojemu bratu załatwiać sprawy spadkowe. Pobladł jeszcze bardziej. — Co ty… — Złożę pozew o rozwód. Spokojnie. Bez histerii. I bardzo dokładnie.