Zatrzymałam się o krok od stolika kawowego.

— Nie odważysz się. — Już się odważyłam. Odwróciłam się w stronę drzwi. — Kaczka całkiem wystygnie — dodałam przez ramię. — Ale przecież lubisz oszczędzać. Zjesz jutro. Nie odpowiedział.

Wyszłam na klatkę schodową. Zimne powietrze uderzyło w twarz, jakby ktoś otworzył okno do innego życia. Winda jechała długo. Stałam prosto. Nie płakałam.

Łzy będą później. Gdy drzwi się zamknęły, spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Kobieta w beżowym płaszczu patrzyła spokojnie. Bez fartucha.

Bez gęsi. Bez roli. I po raz pierwszy od wielu lat — bez strachu.