Stałam w korytarzu własnego trzypokojowego mieszkania, ściskając w dłoniach torbę z kefirem, i czułam, jak w środku wszystko mi zamarza.
Moja sypialnia. Ta sama, duża, z wyjściem na loggię, gdzie przez trzydzieści lat kwitły moje fiołki. Teraz pysznił się na niej wpuszczany zamek.
Nie zasuwka, nie haczyk — tylko prawdziwy, solidny mechanizm. Jakby to było wejście do sejfu, a nie do pokoju w mieszkaniu teściowej.