Zięć wstawił zamek do pokoju w moim mieszkaniu: „To nasza prywatna prz

Stałam w korytarzu własnego trzypokojowego mieszkania, ściskając w dłoniach torbę z kefirem, i czułam, jak w środku wszystko mi zamarza.

Moja sypialnia. Ta sama, duża, z wyjściem na loggię, gdzie przez trzydzieści lat kwitły moje fiołki. Teraz pysznił się na niej wpuszczany zamek.

Nie zasuwka, nie haczyk — tylko prawdziwy, solidny mechanizm. Jakby to było wejście do sejfu, a nie do pokoju w mieszkaniu teściowej.

— Prywatna przestrzeń? — powtórzyłam, starając się, żeby głos brzmiał równo.

Zawodowy nawyk: pracuję z ludźmi, nie wolno mi okazywać irytacji. — Oleg, mieszkacie tu już szósty miesiąc. Za darmo. Bo macie „trudny okres” i „trzeba odłożyć na kredyt hipoteczny”.

Zza pleców zięcia wynurzyła się moja Lenoczka. Chowa oczy, miętosi brzeg rozciągniętego domowego swetra.

— Mamo, no nie zaczynaj, co? Olegowi jest niezręcznie, kiedy ty… no wiesz, chodzisz. A jak my tam, nie wiem, nie jesteśmy ubrani? Albo on ma ważną rozmowę w pracy, a ty odkurzasz? Granice trzeba szanować.

Spojrzałam na córkę. Na Olega, który już rzeczowo pakował narzędzia do walizeczki. „Granice”. Modne słowo.