Na początku był słaby, niemal zagłuszany przez wiatr. Ale kiedy uświadomiłam sobie, co to jest, całe moje ciało zdrętwiało. Nikogo nie było w pobliżu, żadnego wózka, żadnego głosu… niczego, co miałoby sens. Dźwięk dobiegał zza ścieżki. Przeszłam przez cierniste krzaki, moje buty ślizgały się po mokrych liściach, i wtedy to zobaczyłam. Koszyk z niemowlęciem schowany pod gałęziami, jakby ktoś chciał go ukryć.
Przez chwilę stałam tam, a mój mózg odmawiał przetwarzania tego, co widziałam. Potem zobaczyłam w środku małą buzię. Nowonarodzoną dziewczynkę, owiniętą w cienki różowy kocyk, który wyglądał zupełnie nieodpowiednio do panującej na zewnątrz pogody. Jej usta były fioletowe, a policzki zaczerwienione od płaczu. W chwili, gdy dotknęłam jej dłoni, poczułam, jaka jest zimna.