Tej nocy nie mogłam spać. Ciągle zastanawiałam się, jakie dzieci potrafią zrobić coś takiego. Następnego dnia postanowiłem to sprawdzić. Z odrobiną pracy udało mi się znaleźć jednego z synów – mieszkał w Bukareszcie, miał firmę i duży dom. Kiedy do niego zadzwoniłem, jego ton był chłodny:
„Proszę pani, nie mogę już tego robić. Działają nam na nerwy. Mój ojciec jest uparty, moja matka ciągle płacze. Nie możemy już tego robić. Rób, co chcesz”.
Odłożyłem słuchawkę z ciężkim sercem. Nie mogłem się z tym pogodzić.
Mijały dni, a Ion i Maria zaczęli się uspokajać. Dowiedziałem się, że mieli troje dzieci, wszystkie dobrze wychowane, ale żadne z nich nie przekroczyło progu wieku od wielu lat. Pewnego ranka, gdy piłem kawę w ogrodzie, Ion podszedł do mnie z małą płócienną torbą.
„Panie doktorze” – powiedział. „Muszę panu to dać. Nie mamy nikogo innego, komu moglibyśmy zaufać”.
Chciałem odmówić, ale nalegał. Kiedy otworzyłem torebkę, oniemiałem. W środku znajdowały się dokumenty, kilka papierów z pieczęcią notarialną i stary notatnik. Na jednym z nich wyraźnie napisano: „Konto oszczędnościowe – 3 200 000 lei”.
Byłam oszołomiona. „Dlaczego nie powiedziałeś dzieciom?” – zapytałam.