W ciągu następnych kilku godzin Andriej wezwał lekarza, owinął matkę, starannie ją umył i podał jej wodę łyżeczką. Lekarz, starszy mężczyzna, pokręcił głową.
— Jeśli ją tam jeszcze kilka dni, nie będzie nikogo, kogo można by uratować…
Maria patrzyła z kąta, zirytowana, że w domu pachniało środkami dezynfekującymi, a nie perfumami. Dmuchała paznokciami, jakby wszystko było poniżej jej poziomu.
Ale o świcie, kiedy Andriej wyszedł na werandę, podjęła decyzję. Nie wróciła z wyrzutami ani łzami. Spokojnie weszła do domu, zabrała plecak, dokumenty, resztę pieniędzy i kilka ubrań, po czym poszła do sypialni.
Maria spała spokojnie, z maską na oczach. Zostawił obrączkę na stoliku nocnym, tak zimną, jak ich małżeństwo się stało.
Pojechał z matką do rodzinnej wsi, do prostego, starego, ale czystego domu. Naprawił piec, pomalował płot, kupił drewno i lekarstwa. Każdego wieczoru nalewał jej herbatę na piec i opowiadał historie z dzieciństwa, mając nadzieję, że przywróci ją do życia chociaż z uśmiechem.
Z czasem matka zaczęła znów mówić, rzadko, powoli, ale szczerze. Aż pewnego dnia, w rdzawym blasku zachodzącego słońca, powiedziała coś, co Andriej zapamiętał do końca życia:
— Nie bogactwo i wielki dom podtrzymują duszę przy życiu, ale człowieczeństwo i ci, którzy stoją przy tobie w trudnych chwilach.