Następnego dnia poszłam sama na śniadanie. Bez pośpiechu wypiłam kawę. Poszłam na spacer w chłodne górskie powietrze. Zadzwoniłam do starego przyjaciela, którego zaniedbałam, traktując jak „rodzinę”.
W kolejnych dniach odchodzili. Wściekli. Zranieni. W myślach czuli się ofiarami.
Ja zostałam.
Siedziałam i opowiadałam historie nieznajomym. Śmiałam się. Spałam dobrze. Zrozumiałam, że nie trzeba płacić, żeby być akceptowanym.
Po powrocie do domu zaczęłam od nowa. Małe mieszkanie. Skromna pensja. Ale każdy lej był mój. Każda decyzja, moja.
I po raz pierwszy w życiu nie byłam już niczyją zabawą.
Byłam swoją własną historią.