Adrián stał nieruchomo. Świat, w którym kontrolował wszystko za pomocą liczb,

Adrian skinął głową. Gardło mu się ścisnęło, słowa nie chciały go słuchać. Znał Klarę jako kogoś zupełnie innego: energicznego, upartego, roześmianego. Kogoś, kto mógł się z nim kłócić godzinami, kto trzasnąłby drzwiami i wyszedł – ale nigdy, nawet przez chwilę, nie wydawał się złamany. Ale teraz spała na siedząco, z jednym dzieckiem przyciśniętym do piersi, drugim leżącym obok, a jej dłoń kołysała ją przez sen, instynktownie.

„Idę tam” – powiedział w końcu ochryple Adrian.

Zrobił jeden krok, potem drugi. Wszystko w nim protestowało: strach, poczucie winy, wstyd. Kiedyś odszedł, bo „nie było czasu dla rodziny”, bo „firma się rozwijała”, bo „nie rozumieliśmy się”. Odszedł z przekonaniem, że ma wszystko pod kontrolą. Teraz ta iluzja prysła.

Klara zaskoczyła się cieniem, który na nią padł. Wzdrygnęła się, przyciągając dzieci bliżej siebie, a w jej oczach natychmiast pojawił się lęk obronny. Dopiero wtedy go rozpoznała.

"Adrián..." wyszeptała, jakby jego imię paliło ją w usta.