Adrián stał nieruchomo. Świat, w którym kontrolował wszystko za pomocą liczb,

— Dokąd? Do twojego szklanego pałacu?

„Gdzie jest ciepło” – odpowiedział stanowczo Adrián. „Gdzie jest łóżko, jedzenie i lekarz. Resztą… zajmiemy się my”.

Klara zawahała się. Minione lata nauczyły ją, że słowa łatwo mogą być puste. Ale Margit wzięła ją za rękę.

„Dajcie nam szansę” – powiedział. „Rozumiemy”.

Dom Adriana wypełniały dźwięki, których nigdy wcześniej tam nie było: płacz, szelest pieluszek, ciche kołysanki, które Margit nuciła, wspominając własne macierzyństwo. Lekarze zbadali dzieci: były zdrowe, ale wyczerpane. Klara po raz pierwszy od dawna zasnęła w łóżku, nie budząc się z zimna ani strachu.

Mijały tygodnie. Adrián odwoływał spotkania, przekładał rozmowy telefoniczne. Nauczył się trzymać butelkę, zmieniać pieluchę, odróżniać głód od płaczu spowodowanego zmęczeniem. Obserwował, jak Klara powoli wraca do siebie – ostrożnie, jakby długo przebywała pod wodą.

Pewnego wieczoru Klara stała przy oknie, trzymając w ramionach małą dziewczynkę.