— Boże… — wyszeptała Ana, czując, jak drżą jej kolana.
Mihai otworzył kolejny pakunek. I kolejny.
Fotel był pełny.
Zaczęli wyjmować je jeden po drugim i kłaść na stole. Stos za stosem. Stół w kuchni był pełen.
— To niemożliwe… — mruknął Mihai.
Ana zamknęła drzwi do salonu i zaciągnęła zasłony.
Jej serce biło tak mocno, że słyszała je w uszach.
Dokładnie przeliczyli pieniądze. Zajęło im to prawie godzinę.
Kiedy skończyli, spojrzeli na siebie.
— Jest ponad 180 000 lei… — powiedział cicho Mihai.
Kwota, której nigdy nie widzieli zebranej razem.
Ana usiadła na krześle.
— Musi być jakaś pomyłka… może po nie wrócą…
Czekali.