Bence pochylił się bliżej, ostrożnie rozchylając futro na boku Tytana – i jego palce dotknęły nieregularnego obrzęku. Pies cicho zaskomlał, ale nie próbował się odsunąć. Po prostu przytulił się jeszcze bardziej do dziewczynki. W dotyku nie był to zwykły siniak po walce. Coś zupełnie innego. Twarda, bolesna, nienaturalnie ukształtowana rana.
„Márk” – powiedział cicho Bence, nawet nie podnosząc wzroku. „Kiedy dokładnie doszło do tego incydentu?”
„Co to teraz ma za znaczenie?” – warknął mężczyzna. „Zaatakował mnie w magazynie. Chciałem go tylko przywiązać do samochodu”.
Bence nie odpowiedział. Włączył już lampę inspekcyjną, powoli i ostrożnie, uważając, żeby nie wystraszyć psa.
Lili kucnęła obok Tytana, objęła go ramionami i patrzyła na doktora wielkimi, szeroko otwartymi oczami.