Bence pochylił się bliżej, ostrożnie rozchylając futro na boku Tytana

„Tato…” wyszeptała. „On nie warczał na ciebie. Warczał na ciebie”.

Mark drgnął.

„Gadacie bzdury! Nie możecie tego zrozumieć!”

„Widziałam wszystko” – odparła uparcie Lili. Jej głos drżał, ale nie ze strachu. „Ten mężczyzna tam był. Krzyczał. Upadłaś, a Tytan skoczył… stanął między tobą. Nie ugryzł. Po prostu cię podniósł”.

W pokoju panowała martwa cisza, zakłócana jedynie odgłosem deszczu uderzającego o okno i ciężkim oddechem Tytana.

Bence nadal czuł obrzęk – i wtedy zrozumiał. To nie był świeży uraz pod skórą. Stare, źle zagojone złamanie, a obok niego świeże naderwanie mięśnia. Taki uraz nie powstaje w ciągu minuty.

„Marku” – powiedział, patrząc mu prosto w oczy – „ten pies ma poważny uraz. Czuje silny ból, kiedy się porusza. Bardzo silny”.