Bence pochylił się bliżej, ostrożnie rozchylając futro na boku Tytana

— I co? — Mark wzruszył ramionami. — Psy służbowe często odnoszą obrażenia.

„Nie tak” – warknął Bence. „Ta kontuzja utrzymuje się od co najmniej kilku tygodni. A dzisiejszy incydent tylko pogorszył sprawę”.

Mark zbladł.

"Chcesz powiedzieć, że..."

— Mówię, że w momencie „ataku” Tytan odczuwał niemożliwy do zniesienia ból — odparł Bence. — Nie zaatakował. Zareagował.

Lili syknęła, ale to nie był płacz. To była ulga.

"Mówiłem ci..." wyszeptał, chowając twarz w psim futrze.

Mark patrzył na scenę, jakby nie rozpoznawał ani córki, ani psa. Jego usta drżały.

„On… on był idealnym psem” – powiedział ochryple. „Najlepszy w całym dziale. Jeśli moi przełożeni dowiedzą się, że stał się nieprzewidywalny…”

„Wtedy by go rozbroili” – dokończył spokojnie Bence. „Ale by go nie zabili. Ale ty wybrałeś najłatwiejszą drogę”.

„Byłem w szoku!” – wybuchnął Márk. „Zawarczał, a ja pomyślałem…”

„Boisz się” – przerwał mu Bence. „To ludzkie. Ale strach to zły doradca, gdy w grę wchodzi życie”.