W środku sprzedawca podejrzliwie spojrzał w górę, aż zobaczył zegarek Ricarda i fason jego garnituru, po czym jego podejrzliwość automatycznie przerodziła się w służalczość. Ricardo nie spojrzał na niego. Wziął koszyk i bez zbędnych ceregieli zaczął go wypełniać: mlekiem, chlebem, zupą, owocami, paczką ciasteczek, butelką soli fizjologicznej. Zatrzymał się przed ladą z lekami i po krótkim wyjaśnieniu Marii – „dużo kaszle, drży” – poprosił o to, co polecił sprzedawca.
Maria patrzyła w milczeniu, jej ogromne oczy przeskakiwały z produktów na jego twarz, jakby bała się, że wszystko się rozpadnie, jeśli za dużo mrugnie. Kiedy Ricardo zapłacił, paragon wyszedł długi, a kasjer wygładził go z przesadną starannością, jakby to była umowa.