Biedna babcia wykarmiła trójkę bliźniaków z ulicy, a kilka lat później

Czasami zastanawiała się, co z nimi zrobi. Innym razem odpychała tę myśl. Życie nie wybaczyło nikomu w tej okolicy. Czynsz rósł. Rachunki za prąd ją przerażały. Jej emerytura ledwo sięgała 1600 lei. Ale każdego wieczoru odkładała sobie porcję. „Może ktoś jeszcze przyjdzie głodny” – powtarzała sobie.

Późnym jesiennym popołudniem ulica nagle ucichła.

Z końca bulwaru dobiegł głęboki łoskot. Ludzie odwracali się zaskoczeni. Potem pojawili się – jedno, dwa, trzy lamborghini, czarne, lśniące, jak w filmach. Zatrzymali się tuż przed straganem.

Tłum zebrał się natychmiast. Telefony włączono. Szepty. Niedowierzanie.

Zinaida poczuła, jak uginają się pod nią nogi. Mocniej ścisnęła łyżkę, myśląc, że ktoś robi jej kiepski żart albo że zaraz ją przegonią.

Z pierwszego wagonu wysiadł wysoki mężczyzna, ubrany skromnie, ale z pewnością siebie, której nie da się kupić. Z drugiego wysiadł kolejny, identyczny. Z trzeciego kolejny.

Trzy identyczne twarze.

Te same czarne oczy. Te same kości policzkowe. Te same włosy, teraz już ułożone.

— Dobry wieczór, ciociu — powiedział spokojnym głosem ten w środku.

Zinaida długo się im przyglądała. Łyżka wypadła jej z ręki.

— O mój Boże… czy ty…?