Mężczyzna się uśmiechnął.
— Tak. To my. Trójka dzieci.
Ludzie ucichli. Ktoś zaczął płakać.
— Nigdy nie zapomnę tego dnia — kontynuował. — Byliśmy głodni od trzech dni. Spaliśmy, gdzie się dało. Wstydziliśmy się pytać. Ale zadzwoniłeś do nas bez pytania.
Wyjął z kieszeni stare, pożółkłe zdjęcie. Troje dzieci na plastikowych krzesłach. I starsza kobieta w fartuchu.
— Tam się wszystko zaczęło.
Opowiadali, jak potem pomógł im pewien mężczyzna. Jak trafili do ośrodka. Jak się uczyli. Jak pracowali. Jak założyli uczciwy biznes. Jak upadli i podnieśli się.
— Obiecaliśmy wtedy, że jeśli staniemy się ludźmi, wrócimy.
Jeden z braci położył na straganie grubą kopertę.
— Oto 50 000 lei. Na pokój. Na zimę. Dla ciebie.
Inny wyciągnął kluczyki do małego samochodu.
— Nie Lamborghini. To za dużo. Ale to twoje. Dziewięć.