Brenda próbowała jasno myśleć. Nie mogła wezwać policji. Nie z właścicielem Cărbunaru za plecami – człowiekiem, który kontrolował połowę restauracji w mieście. Jeśli policja się w to wmiesza, to będzie jej wina. Biedna kobieta, która „popełniła błąd”. Wiedziała aż za dobrze, jak to działa.
— Dzieci — powiedziała cicho — musimy się stąd wydostać.
Matei skinął głową. — Jeśli wróci, zabije nas.
Brenda poczuła gulę w gardle. Wzięła ich dłonie, zimne i drobne, i poprowadziła po schodach, zatrzymując się na każdy dźwięk. Restauracja była pusta, oświetlona jedynie neonowym pasem, który migotał jak przestraszone serce.
Dotarli do kuchni. Tam Brenda włożyła im czapki na głowy, dała kilka swetrów ze swojej osobistej szafy i wyprowadziła ich tylnymi drzwiami, na podwórze pełne worków po mące i starych skrzyń.
Na ulicy wiatr smagał im policzki. Brenda szła szybko, a dzieci kurczowo się jej trzymały. Nie wiedziała, dokąd idzie, wiedziała tylko, że musi stamtąd uciec. Może do siostry w Berceni. Może do kościoła św. Antoniego, gdzie ksiądz nie zadawał pytań.
Ale na pierwszym zakręcie reflektor oświetlił jej twarz. Czarny samochód. Szyba powoli się opuściła i z wnętrza dobiegł znajomy głos.
— Pani Brenda… trochę późno na spacer, prawda?
To była pani Cassandra.