Tej nocy miał się dowiedzieć.
Wiatr zawodził w rynnach. Wentylator sufitowy obracał się leniwie nad nim. Wiktor jeszcze bardziej zwolnił oddech, pozwalając, by wydobył się z niego cichy chrapnięcie.
Kapcie znów się poruszyły.
Bliżej.
Poczuł jej obecność, zanim wyczuł ruch — zmianę w powietrzu, ledwie wyczuwalny zapach mydła i cytrynowego detergentu, który unosił się przy jej ubraniu. Stanęła na skraju stołu.
Pokój zdawał się wokół niego napinać.
Sekundy rozciągały się cienko.
Wyobrażał sobie kuszenie, które na nią naciskało: rachunki za szpital, leki, wilgotne małe mieszkanie, które dzieliła z matką na drugim końcu miasta. Widział je raz, kiedy podwoził Różę do domu po późnym przyjęciu świątecznym. Łuszcząca się farba, klatka schodowa śmierdząca stęchlizną. Bieda ma swój zapach, przypomniał sobie. Wilgoć i metal.
Każdego można kupić, powiedział sobie. Pytanie tylko, jaka jest cena.