Ciąg dalszy historii

Na progu stał Tomasz. Bez kurtki, w cienkim płaszczu, z potarganymi włosami i zaczerwienionymi oczami. W jednej ręce trzymał papierową torbę, w drugiej — pęk kluczy. Tych starych. — Cześć — powiedział ochryple. — Ja… mogę? Joanna milczała przez kilka sekund. Potem zrobiła krok w bok. — Wejdź. Wszedł ostrożnie, jakby bał się naruszyć coś niewidzialnego. Rozejrzał się. Puste ściany, kartony ustawione wzdłuż korytarza, dziecięce buty przy drzwiach — równo postawione, nie kopnięte w kąt.

— Tu jest… spokojnie — powiedział cicho. — Tu jest cicho — poprawiła go. — Spokój jest wtedy, gdy jest w środku. Tomasz skinął głową. Zdjął buty i ustawił je starannie, nienaturalnie wręcz dokładnie. — Rozmawiałem z mamą — powiedział od razu, jakby bał się stracić odwagę. — Długo. Bardzo ciężko. Joanna nic nie odpowiedziała. Wróciła do kuchni, wyłączyła płytę, wzięła drugi kubek i nalała kakao. Postawiła go przed nim. — Mów.

Usiadł. Objął kubek dłońmi, jakby ogrzewał się nie tyle napojem, co samym faktem, że pozwolono mu zostać. — Płakała — zaczął. — Krzyczała. Mówiła, że jestem zdrajcą. Że to ty mnie nastawiłaś. Że zniszczyłaś rodzinę. Potem powiedziała, że źle się czuje, że serce, że ciśnienie. Wezwałem lekarza. Joanna przymknęła oczy na moment. — Wszystko z nią w porządku? — Tak. Nerwy. Lekarz powiedział, że to typowa reakcja na stres. Zostałem u niej kilka godzin. A potem… — zamilkł. — Potem? — zapytała spokojnie.