Każdego ranka przychodziła przed wszystkimi, z szalikiem ciasno zawiązanym wokół głowy i torbą suchego chleba dla gołębi na podwórku. Sprzątała klasy, zimą rozpalała w piecach i, choć nie miała dyplomu, znała na pamięć imiona wszystkich dzieci, które przeszły przez jej ręce.
Kiedy uczeń płakał, głaskała go po głowie. Kiedy nauczyciel krzyczał, przynosiła gorącą herbatę. I wiele razy, gdy dzieci przychodziły bez jedzenia, dzieliła się nim ze swojej skromnej paczki, udając, że „przyniosła za dużo”.
Ale pewnego dnia, po prawie 30 latach, dyrektor powiedział jej chłodnym tonem: „Ciociu Ano, fundusze zostały obcięte. Musisz odejść. To nie moja wina, ale nie możemy ci już płacić”.
Milczała. Nie robiła żadnych wyrzutów. Wzięła wiadro, mop i karton, w którym schowała kilka zdjęć uczniów z lat. Kiedy wyszła za szkolną bramę, lekko padał deszcz. Za nią klasa, w której pracowała od dziesięcioleci, była już zamknięta.