Codziennie kradłem obiad temu biednemu chłopcu, żeby się z niego pośmi

Tomás był tą ofiarą.

Tomás był stypendystą. Tym, który zawsze siedział z tyłu klasy. Tym, który nosił mundurek odziedziczony po jakimś nieznanym kuzynie. Chodził zgarbiony i z oczami wbitymi w podłogę, jakby przepraszał za to, że istnieje. Lunch zawsze nosił w zmiętej brązowej papierowej torbie, poplamionej olejem, co zdradzało proste, powtarzalne posiłki.

Dla mnie był to idealny cel.

Codziennie, podczas przerwy, powtarzałam ten sam „żart”. Wyrywałam mu torbę z rąk, wchodziłam na stół i krzyczałam tak, żeby wszyscy mogli usłyszeć:

—Zobaczmy, jakie śmieci przyniósł dziś mały książę z faweli!

Śmiech wybuchał niczym fajerwerki. Żyłam dla tego dźwięku. Tomás nigdy się nie bronił. Nie krzyczał. Nie naciskał. Po prostu stał, z czerwonymi oczami, błagając bezgłośnie, żeby to wszystko szybko się skończyło. Wyjmowałam mu jedzenie – czasem obtłuczonego banana, czasem zimny ryż – i wyrzucałam je do śmieci, jakby było skażone.

Potem szedłem do kawiarni i kupowałem pizzę, hamburgery, cokolwiek chciałem, płacąc kartą, nie patrząc na cenę.