Eduard wziął Valerię w ramiona i przytulił ją do piersi, drżąc.
— „Dziękuję, Matei…” — powiedział, patrząc na dziecko z wdzięcznością, jakiej nigdy wcześniej nie czuł.
Ale Matei skinął głową z poważną miną. — „Nie musi mi pan dziękować, doktorze… po prostu potrzebowała poczuć, że nie jest sama”.
Jego słowa trafiły Eduarda prosto w serce. To była prawda. Wielokrotnie, w desperackiej pogoni za rozwiązaniami, zapominał, że Waleria nie była przypadkiem medycznym, ale małą dziewczynką, która potrzebowała miłości, odwagi i zabawy. Jego córka nigdy nie miała normalnego dzieciństwa. Nie wiedziała, jak to jest biegać, brudzić się na kolanach czy huśtać. Całe jej dzieciństwo to maraton konsultacji, badań i pobytów w szpitalach.
Eduard usiadł na podłodze z Walerią w ramionach, tak że był na tym samym poziomie co chłopiec.
— „Matei, dlaczego śpisz w parku? Co ci się stało?”
Chłopiec spuścił wzrok. — „Mama zmarła dwa lata temu. Moja młodsza siostra… w zeszłym roku. Od tamtej pory jestem sam. Starsza pani na targu czasami mi pomaga, daje bułkę, ale nie chcę żebrać. Mama mawiała, że jeśli potrafię dobrze czynić, to jestem bogaty, nawet jeśli nic nie mam”.
Eduard poczuł, jak grunt usuwa mu się spod nóg.