.
Oklaski odbiły się echem od żyrandoli, wibrując w marmurze. A Amalia, po raz pierwszy od dawna, poczuła, że gdzieś przynależy.
Gdy oklaski ucichły, pan Carter zaprowadził ją do bufetu. Przyniesiono jej talerz – nie jeden, ale trzy. Amalia jadła powoli, niemal nieśmiało, jakby bała się, że sen się skończy.
Kiedy skończyła, pan Carter powiedział do niej:
„Jutro pójdziemy razem do konserwatorium w Bukareszcie. Tam cię wysłuchają. Zaopiekuję się tobą”.
Amalia nie wiedziała, co powiedzieć. Łzy spływały jej po policzkach, ale uśmiechnęła się.
„Dziękuję… proszę pana”.
Tej nocy, po raz pierwszy po roku zimna i głodu, spała w prawdziwym łóżku, z miękkim kocem i pachnącą czystością poduszką. Obok siebie, jak zawsze, trzymała zdjęcie matki i mały ołówek.