Dlaczego uważasz, że moje mieszkanie to wspólny dom? — zapytała Wiera,

Maksim milczał, trawiąc to, co usłyszał. Z każdą sekundą jego twarz robiła się coraz ciemniejsza. Matka nadal szlochała, wzywając syna, by „obronił” ją przed bezczelną synową.

— Maksim, widzisz, jak ona ze mną! — łkała Maria Nikiticza. — Jestem twoją matką! Urodziłam cię, wychowałam, oddałam ci całe życie! A ona mnie obraża!

Maksim powoli podniósł głowę i spojrzał na żonę. Wzrok miał zimny, odległy. Wiera zrozumiała, że za chwilę wydarzy się coś nieodwracalnego.

— Wiesz co, Wiera — powiedział cicho, ale wyraźnie. — Nie mogę żyć z kobietą, która tak mówi do mojej matki. Nie mogę i nie będę.

— Maksim, twoja matka zamieniła moje życie w piekło — próbowała wyjaśnić Wiera. — Naprawdę tego nie widzisz?

— Widzę tylko jedno. Jesteś egoistką. Nie dzielisz mieszkania, bratu nie pomagasz, mamę obrażasz. Nie potrzebuję takiej żony.

— Właśnie, synku! — podchwyciła Maria Nikiticza, ocierając łzy. — Nie potrzebujesz takiej żony!

— Składam pozew o rozwód — powiedział Maksim twardo. — I niech to mieszkanie zostanie twoje. Nie jest mi potrzebne. Ale ty też nie jesteś mi potrzebna.

Wiera poczuła dziwną ulgę. Wreszcie wszystko się wyjaśniało. Wreszcie maski opadły.

— Składaj — odpowiedziała spokojnie. — Nie mam nic przeciwko.

Maksim spojrzał na nią osłupiale. Wyraźnie spodziewał się łez, próśb, błagań, żeby został. A Wiera stała zupełnie spokojna — nawet rozluźniona.

— Ty… ty się zgadzasz na rozwód? — zapytał niedowierzająco.

— Nawet bardziej niż się zgadzam. Mam dość twojej matki i twojej obojętności na moje uczucia. Mam dość bycia służącą we własnym mieszkaniu. Mam dość życia pod presją.

— Jak śmiesz! — zapiszczała Maria Nikiticza. — Maksim jest wspaniałym mężem! A ty jesteś niewdzięczna!

— Wspaniały mąż nie pozwoliłby matce poniżać żony — ucięła Wiera. — Wspaniały mąż broniłby swojej rodziny, a nie chował się za maminą spódnicą.

Maksim poczerwieniał ze złości. Chwycił kurtkę z wieszaka, wciągnął buty.

— Nie będę tolerował takiego traktowania! — krzyczał, zasuwając zamek. — Nie pozwolę obrażać mojej matki! Wychodzimy! I już tu nie wrócimy!

— Wychodzimy, synku, wychodzimy! — poparła go Maria Nikiticza, w pośpiechu zbierając swoje rzeczy. — Niech sobie zostanie sama w swoim mieszkaniu! Zobaczymy, jak bez nas pożyje!

Wiera w milczeniu patrzyła, jak się pakują. W środku rozlewał się w niej niespodziewany spokój.

Kiedy Maksim i Maria Nikiticza byli gotowi wyjść, stanęli przy drzwiach, czekając, że Wiera rzuci się, by ich zatrzymać. Ale ona spokojnie podeszła, otworzyła drzwi na oścież.

— Szerokiej drogi — powiedziała równym głosem. — Powodzenia w szukaniu bardziej uległej synowej.

— Pożałujesz! — zagroziła Maria Nikiticza w progu. — Zostaniesz sama, nikomu niepotrzebna!