Dlaczego uważasz, że moje mieszkanie to wspólny dom? — zapytała Wiera,

Maksim wszedł do kuchni, patrząc czujnie na żonę i matkę. Maria Nikiticza wciąż trzymała w ręku filiżankę, ale jej twarz poczerwieniała ze złości.

— Wytłumacz swojej żonie, że mieszkanie jest wspólne! — zażądała. — Tu sobie „rządzi”, cytuje prawo!

— Wiera, bez histerii — zaczął pojednawczo Maksim. — Mama ma rację, mieszkanie jest nasze.

— Nie, Maksim — odpowiedziała spokojnie Wiera. — To mieszkanie jest moje. Osobiste. Z darowizny. To nie jest majątek wspólny. Nawet jeśli się rozwiedziemy, nie będzie podlegało podziałowi. Zostanie moje.

— Jaki rozwód? — Maksim zamarł. — O czym ty w ogóle mówisz?

— O tym, że nie można nazywać tego mieszkania wspólnym. Prawnie należy wyłącznie do mnie. Babcia sporządziła darowiznę na moje nazwisko, nie na nas oboje. Specjalnie.

— Specjalnie? — powtórzył mąż z niedowierzaniem. — Czyli od początku planowałaś się nie dzielić?

— Od początku dostałam to jako osobisty prezent. I tak, babcia mnie uprzedziła, że to mój majątek. Zadbała, żebym miała solidne oparcie. Dach nad głową, którego nikt mi nie odbierze.

Maria Nikiticza stuknęła filiżanką o stół tak, że herbata się rozlała.

— Oto jej prawdziwa natura! — wrzasnęła. — Interesowna! Wyrachowana! Wyszła za mąż, a mieszkania nie dzieli! Tylko dla siebie, dla swojej wygody!

Teściowa urządziła na kuchni wielką awanturę. Krzyczała, machała rękami, oskarżała Wierę o wszystkie możliwe grzechy. Sąsiedzi na pewno słyszeli każde słowo.

— Niewdzięczna! — darła się Maria Nikiticza. — My z Maksimem przyjęliśmy cię do rodziny, a ty nas wyrzucasz z własnego mieszkania! Bratu nie pozwalasz pomieszkać! Egoistka!

— Nikt nikogo nie wyrzuca — powiedziała równo Wiera, krzyżując ręce na piersi. — Ty i Maksim tu mieszkacie. Ale Igorowi nie jest tu miejsce. To nasza przestrzeń.

— Jaka przestrzeń? Jakie ty masz prawo decydować? Maksim jest gospodarzem tego domu!

— Maksim nie jest gospodarzem — ucięła twardo Wiera. — To moje mieszkanie według dokumentów. I mam pełne prawo decydować, kto tu będzie mieszkał, a kto nie.

— Nie szanujesz rodziny! — nie ustępowała Maria Nikiticza. — Nie szanujesz męża! Nie szanujesz mnie! To skandal! Maksim, słyszysz, co ona mówi?

— Słyszę — odpowiedział ponuro mąż.

— I co zrobisz? Pozwolisz żonie tak się odzywać do twojej matki?

Wiera już się nie powstrzymywała. Zbyt długo milczała, znosiła upokorzenia. Zbyt długo wytrzymywała kontrolę i manipulacje. Nadszedł moment, by powiedzieć wszystko, co się uzbierało.

— Mario Nikiticzo, latami wtrącała się pani w nasze życie — mówiła Wiera, wyraźnie akcentując każde słowo. — Mówiła pani, jak mamy żyć, jak oddychać, jak rozmawiać. Kontrolowała pani każdy krok. A ja milczałam, znosiłam to. Ale teraz — dość.