Do mojej piekarni wszedł głodny chłopiec i poprosił o czerstwe bułki.

Następnego wieczoru, tuż przed zamknięciem, dzwon zadzwonił ponownie.

Podniosłam wzrok znad układania serwetek i zobaczyłam go.

Marco stał w drzwiach, ściskając w ramionach tę samą papierową torbę, którą trzymał poprzedniego wieczoru. Włosy miał wilgotne, a ramiona wydawały się jeszcze mniejsze, zgarbione w obronie przed zimnem. Nie miał na sobie płaszcza, tylko tę samą cienką kurtkę.

„Proszę” – powiedział szybko, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. „Proszę, nie dzwoń na policję. Czy mogę ci zaufać?”

Słowa wyszły z jego ust nagle, jakby powstrzymywał je od wczorajszego wyjazdu. Jego głos zadrżał przy ostatnim pytaniu, a ja poczułam, jak ściska mi się serce.

„Tak” – powiedziałem cicho. „Możesz mi zaufać. Obiecuję”.

Marco nie wydawał się przekonany.