Do mojej piekarni wszedł głodny chłopiec i poprosił o czerstwe bułki.

Skinąłem głową, pozwalając ciszy zapaść. Zrozumiałem.

Więc nie naciskałam. Zamiast tego spakowałam tego wieczoru kolejną torbę – dodatkowe bułki, termos z zupą krem, rogaliki i kilka miękkich ciasteczek – i wręczyłam mu ją z cichym uśmiechem.

„Przyjdź, kiedy chcesz, Marco” – powiedziałem. „Dobrze?”

Zaczął pojawiać się co kilka dni, zawsze tuż przed zamknięciem. Czasami mówił coś o swojej matce, na przykład że lubi ciepły chleb bardziej niż słodycze, albo że kaloryfer w ich mieszkaniu wyłączał się, gdy padał śnieg.

Innymi nocami milczał. I wtedy przestałam zadawać pytania. Nie był mi winien odpowiedzi. Zamiast tego dbałam o to, żeby nigdy nie wychodził bez pełnej torby i czegoś ciepłego w dłoniach.

Pewnego wieczoru, około trzy tygodnie po tym, jak po raz pierwszy wszedł do mojej piekarni, Marco wszedł przez drzwi z lekkim, nieśmiałym uśmiechem w kącikach ust.

„Moja matka” – powiedział. „Chce cię poznać”.

„Naprawdę? Czy on naprawdę tego chce?”