Dojadając maminy kisz z łososiem, mąż oznajmił — od jutra mamy osobny budżet.

Arsienij wziął ostatniego kisza z talerza, nawet nie podnosząc oczu znad telefonu. Żuł powoli, z wyraźną przyjemnością — tak gryzie się tylko coś, co naprawdę smakuje. Irina patrzyła, jak oblizuje palce, zbierając okruszki francuskiego ciasta z opuszków. Jej matka, Lidia Pawłowna, przywiozła te kisze rano, jeszcze ciepłe, pachnące masłem i rozmarynem. Sześć sztuk. Cztery już zjadł w ciągu dnia, teraz kończył piątą. Irinie udało się ugryźć swojego tylko raz.