— Od jutra płacisz swoją część — rzucił, nie odrywając wzroku od ekranu. — Albo znajdź sposób, by pokrywać swoje wydatki na rozrywkę.
Irina zastygła z widelcem w dłoni. Dwuletni Lew bawił się obok klockami, stukając elementami o parkiet.
— Co ty teraz powiedziałeś?
— Osobny budżet. To normalna praktyka. Ja płacę za mieszkanie, ty — za swoje wydatki. Telefon, ubrania, kosmetyki. Wszystko uczciwie.
Odłożył telefon na stół ekranem w dół i wreszcie na nią spojrzał. Twarz miał spokojną, wręcz protekcjonalną.
— Arsienij, jestem na urlopie macierzyńskim. Lew ma dwa lata. Siedzę z dzieckiem.
— Cały dzień w domu — i co ty właściwie robisz? Mogłabyś dorobić zdalnie. Przecież masz wykształcenie architekta. Czy myślałaś, że będę cię utrzymywać wiecznie?
Irina powoli odłożyła widelec. Kisz, który zaczęła jeść, stanął jej kluchą w gardle. Arsienij wstał, odsunął krzesło — ostro, z metalicznym zgrzytem. Wziął pusty talerz, nawet go nie umył, tylko wsadził do zlewu i poszedł do pokoju. Zamknął drzwi cicho, ale Irina usłyszała kliknięcie zamka.