Dojadając maminy kisz z łososiem, mąż oznajmił — od jutra mamy osobny

— Irina.

— Arsienij.

Zawisła niezręczna, lepka cisza. On odezwał się pierwszy.

— Jak tam?

— Dobrze. Studio się rozrasta, zatrudniłam jeszcze dwie osoby. Lew jest w trzeciej klasie, zainteresował się robotyką. A u ciebie?

— Praca. Wynajmuję teraz mieszkanie.

— A Stella?

Twarz mu drgnęła, jak po uderzeniu.

— Odeszła rok temu. Powiedziała, że za bardzo czepiam się jej wydatków. Śmieszne, prawda?

Irina popatrzyła na niego — na człowieka, który kiedyś żądał od niej paragonów za jedzenie dla dziecka, a sam wydawał pieniądze na kochankę. I nie poczuła nic. Ani gniewu, ani współczucia. Tylko pustkę.

— Śmieszne. Powodzenia.