Dom jakby wstrzymał oddech — ciężki, zmęczony, przesiąknięty zapachem przypalającego się mięsa i dziecięcego chaosu.

Daniel odstawił torbę pod ścianę i powoli wypuścił powietrze, jakby próbował kupić sobie kilka sekund ciszy. — Jutro? — powtórzył, nie patrząc na Zofię. — Mama powiedziała, że się dogadaliście. Zofia uśmiechnęła się krótko, gorzko. — „Dogadaliśmy się” tak, że i tak przyjadą, nawet jeśli jestem przeciw. Jak zawsze. Podszedł do lodówki, otworzył ją i przez chwilę stał, wpatrując się w półki, jakby tam miała się znaleźć gotowa odpowiedź. — No… to przecież na chwilę. Zjedzą obiad i pojadą — powiedział w końcu. — Znasz moją mamę.