Dom jakby wstrzymał oddech — ciężki, zmęczony, przesiąknięty zapachem przypalającego się mięsa i dziecięcego chaosu.
— Znam — odpowiedziała cicho Zofia. — Właśnie dlatego mówię teraz, a nie jutro, kiedy już będą siedzieć przy stole i komentować, dlaczego kurz na półkach i makaron rozgotowany. Daniel odwrócił się. Przez moment w jego spojrzeniu pojawiło się rozdrażnienie, ale szybko ustąpiło zmęczeniu. — Zofia, nie zaczynaj. Oni przyjeżdżają raz w roku. — A ja tak żyję codziennie — przerwała mu. — Praca, dom, Emilia, ciągły bieg. I za każdym razem, gdy pojawia się twoja mama, muszę udowadniać, że jestem „normalną kobietą”. Zamilkł. To milczenie było znajome — takie samo jak w Sylwestra, jak w zeszłe święta, jak przy każdym rodzinnym spotkaniu. — Nie będę jutro gotować — powiedziała nagle, równo, niemal spokojnie.
Daniel uniósł brwi. — W sensie? — Dosłownie. Nie zastawiam stołu, nie stoję przy kuchence od rana do nocy, nie słucham uwag. Jeśli chcą obiad — niech przyniosą coś ze sobą albo zamówią. Jestem wykończona. Otworzył usta, żeby zaprotestować, ale Zofia mówiła dalej: — I jeśli uważasz, że nie mam racji — to będzie twój wybór. Ale ja już nie będę wszystkiego dźwigać sama.
Noc minęła prawie bez snu. Zofia leżała, patrząc w sufit, i po raz pierwszy od dawna nie układała w głowie listy potraw, serwetek i idealnego nakrycia stołu. Było strasznie. Ale razem ze strachem rosło w niej coś jeszcze — twarde, ciężkie, jak kamień. Następnego dnia dzwonek do drzwi zabrzmiał dokładnie o drugiej. Maria weszła pierwsza, rzucając szybkie, oceniające spojrzenie po przedpokoju. — No, witaj — powiedziała, całując Daniela w policzek. — Jakoś tu… pusto. Za nią weszła Klara z dziećmi, które od razu rozsiadły się na kanapie z tabletami. Zofia stała z boku, czując, jak wszystko w niej się napina, ale nie cofając się ani o krok.