Dom jakby wstrzymał oddech — ciężki, zmęczony, przesiąknięty zapachem przypalającego się mięsa i dziecięcego chaosu.

— Zapraszam do kuchni — powiedziała. — Herbata jest. Maria zatrzymała się. — A obiad? — Uprzedzałam — odpowiedziała spokojnie Zofia. — Dziś bez gotowania. Zapadła cisza. Gęsta, lepka, taka, że wydawało się, iż można ją dotknąć. — A więc tak — powiedziała powoli Maria. — Tak przyjmujesz rodzinę męża?

Daniel zrobił krok do przodu. — Mamo, wystarczy. Zamówimy coś. Maria spojrzała na syna tak, jakby widziała go po raz pierwszy. — Nie tak cię wychowałam. — A ja nie żyję tak, jak ty chcesz — powiedział niespodziewanie nawet dla siebie. Zofia znieruchomiała.

Maria wyprostowała się, zacisnęła usta, ale nic więcej nie powiedziała. Zjedli zamówione jedzenie szybko, bez rozmów. Po godzinie goście zaczęli się zbierać. Przy drzwiach Maria jeszcze się odwróciła. — Mam nadzieję, że zmądrzejesz — rzuciła w stronę Zofii. — Już zmądrzałam — odpowiedziała spokojnie. Kiedy drzwi się zamknęły, w mieszkaniu zapadła cisza. Emilia wybiegła z pokoju i objęła mamę za nogi. — Mamo, dziś jesteś inna.