Drugiego stycznia obudziłam się z dziwnym uczuciem ciszy w środku. Nie szczęścia
Słowo było nieprzyjemne. LePKie. Ale… trafne. Tego samego dnia dostałam wiadomość od Barbary. Z nieznanego numeru. „Agnieszka, to ja. Piotr powiedział, że jesteś u koleżanki. Bardzo mi przykro, że postanowiłaś uciec, kiedy rodzina się zebrała. Jesteśmy dorosłymi kobietami, mogłybyśmy porozmawiać”. Przeczytałam kilka razy.
Uciec. Rodzina się zebrała. Dorosłe kobiety. Ani słowa o tym, że nikt mnie nie uprzedził. Ani słowa o jej zachowaniu. Ani słowa o groźbach, które wysyłał mi mój mąż. Pokazałam wiadomość Natalii.
— O proszę — prychnęła. — Klasyka. — Odpisać? — A chcesz? Pomyślałam chwilę. — Chcę. Ale spokojnie.
Napisałam: „Barbara, nie uciekłam. Nikt mnie nie uprzedził o pani przyjeździe, a ja potrzebowałam przestrzeni. Na razie nie jestem gotowa na rozmowy. Proszę to uszanować”. Odpowiedź przyszła po minucie: „Za bardzo dramatyzujesz. Piotr jest zdenerwowany. Stawiasz go w niezręcznej sytuacji”. Zamknęłam rozmowę.