Drugiego stycznia obudziłam się z dziwnym uczuciem ciszy w środku. Nie szczęścia

— On ci nie wybaczy — powiedziała w końcu. — Nie muszę czekać na wybaczenie, żeby odejść. Spakowałam walizkę w czterdzieści minut. Gdy wychodziłam, stała w korytarzu z założonymi rękami.

— Pożałujesz. — Już nie — odpowiedziałam. Tego wieczoru złożyłam pozew o rozwód. I po raz pierwszy od wielu lat zasnęłam bez ciężaru w piersi.

Bez lęku, że ktoś zaraz wejdzie i powie, że wszystko robię źle. To nie było szczęście. Ale to była wolność.