Dwadzieścia jeden lat po tym, jak moi rodzice porzucili mnie, bo przynosiłem „pecha”, nagle pojawili się w moich drzwiach, prosząc o pomoc, a to, co zrobiłem, pozostawiło ich bez słowa.

Linda cicho płakała.

Po wydarzeniu przytuliła mnie po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat.

—Zbudowałeś sobie własne szczęście —wyszeptała.

Uśmiechnąłem się słabo.

—Może szczęście nie jest czymś, co się posiada.
Może to coś, co się buduje.

Gdy odeszli, patrzyłem, jak idą ścieżką podobną do tej, którą użyli, by odejść ode mnie tyle lat temu — tym razem bez gniewu w moim sercu.

Tylko spokój.