„Dziesięć milionów, jeśli dosiądziesz mojego dzikiego konia!” – krzyknął szef do osieroconej dziewczynki. Tak właśnie krzyknął szef przed wszystkimi na festynie.

Zamiast od razu na niego wskoczyć, dziewczynka zaczęła do niego szeptać, jakby zdradzała mu sekret, który rozumieją tylko zwierzęta. Mówiła cicho, ciepłym głosem, jakby pocieszała matkę przed zaśnięciem. Ludzie patrzyli bez mrugnięcia okiem. Silni mężczyźni, z rękami w kieszeniach, zapomnieli zaciągnąć się papierosem. Kobiety tuliły swoje dzieci, a sprzedawcy waty zatrzymywali ręce w górze.

Szef zaczynał się rumienić. Już się nie śmiał. Inni też nie mieli powodu do śmiechu. Koń, dotąd wściekły, z pianą na pysku i wyłupiastymi oczami, nagle stał się łagodny jak świeżo oźrebione źrebię.

„No, wsiadaj!” krzyknął ktoś z tłumu.