Ale dziewczynka się nie spieszyła. Otarła dłonie o podartą sukienkę, spojrzała koniowi w oczy i powiedziała spokojnie, jakby pytając, czy jest gotowy. Potem, powolnymi ruchami, postawiła stopę na drabinie i wstała. Ludzie wstrzymali oddech. Nawet wiatru nie było słychać.
Koń nie drgnął. Nie potrząsnął grzywą. Nie próbował biec. Zdawał się ją rozpoznawać. Wyglądał, jakby czekał na nią od dawna.
Szef zaczął skandować donośnym głosem:
— To nie znaczy, że może na nim jeździć! To, że zrobi dwa kroki, nie znaczy, że wygrał!
Dziewczynka zacisnęła lejce, na chwilę zamknęła oczy i powiedziała z lekkim uśmiechem:
— No dalej! Ufam ci.
Koń ruszył powoli, płynnym krokiem, jakby szedł po dywanie, a nie po ubitej ziemi. Kroczył w kółko, bez cienia złości. Potem, nie popychany, zaczął biec lekko. Spod jego kopyt unosił się drobny kurz, a dziewczynka zdawała się unosić, bez strachu, bez drżenia rąk. Po kilku zakrętach koń zatrzymał się sam i zwrócił się do szefa, jakby pytając: „Czy ma pan jeszcze coś do powiedzenia?”.
Wtedy wszyscy wybuchnęli brawami. Dzieci podskoczyły, kobiety przeżegnały się, a kilku mężczyzn miało łzy w oczach. Nie z kurzu. Z zaskoczenia.