Szef z trudem przełknął ślinę. Spojrzał na plik pieniędzy, a potem na tłum, który patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Czuł, że nie ma wyjścia. Nie mógł się wycofać. Rzucił pieniądze na stół.
— Nie wierzę… — wymamrotał przez zęby. Jak pan to zrobił?
Dziewczynka zsiadła i zamiast wziąć pieniądze, lekko skinęła głową.
— Nic mu nie zrobiłam. Po prostu go słuchałam. A on słuchał mnie.
Tłum zaczął szemrać. Nikt nigdy czegoś takiego nie widział. Szef, zawstydzony, popchnął w jej stronę pieniądze.
— Zasłużyłaś na to. Weź je.
Spojrzała na stos, potem na konia. Przygryzła wargę i powiedziała:
— Nie chcę pieniędzy. Chcę jego.
Ludzie znów zamilkli. Twarz wodza pozieleniała. Pieniądze to jedno, ale koń był cenny. Kupił go drogo, pragnął sławy, nie użyteczności.
— Chcesz konia? Po co? — wybuchnął.
Dziewczynka uśmiechnęła się, po raz pierwszy w życiu, jako sierota.
— Żebym już nie była sama.