Minęły lata, a karta bankomatowa wciąż leży w moim portfelu.
Jej rogi są wytarte i gładkie. Pasek magnetyczny jest zaznaczony. Numery wyblakły tak bardzo, że trzeba je poświecić pod odpowiednim kątem, żeby je odczytać.
Nigdy jej nie używam.
Zachowuję ją.
Niektóre poranki, gdy port wstrzymuje oddech, a dźwigi zastygają w bezruchu niczym olbrzymy pogrążone w myślach, idę wzdłuż molo przed świtem. Rybacy witają mnie bez słowa skinieniem głowy. Robotnicy portowi popijają kawę z popękanych kubków. Nikt na mnie nie patrzy. Nikt nie zniża głosu.
Właśnie tak to lubię.