Gardził swoją byłą żoną, bo była „sprzątaczką” i nie zdawała sobie

Mariana ani drgnęła. Spojrzała ponownie na czerwoną sukienkę za szkłem. „Jest wspaniała, prawda?” powiedziała cicho, bez cienia zazdrości. „Jest wyrafinowana. Ma moc”.

Śmiech, który rozniósł się echem po korytarzu, przyciągnął uwagę kilku ciekawskich gapiów. „Podoba ci się to, Mariano?” – zapytałam z jadowitym uśmiechem. „To naturalne. To najbliższe, co kiedykolwiek zobaczysz. Możesz się w to wpatrywać cały dzień, jeśli chcesz, ale ludzie tacy jak ty, nawet gdybym sprzątała tę podłogę od stu lat, nie mogliby sobie pozwolić na ani jednego takiego pryszcza. Nie należysz do tej kategorii, Mariano. Nigdy nie należałaś”.

Wyciągnąłem plik banknotów pięćdziesięciopesowych i z udawaną dobroczynnością wrzuciłem je do kosza na śmieci, który niosła. „Proszę. Kup coś, na co cię stać. Przestań marzyć o rzeczach, które nie są twoje”.

Mariana nie wziął pieniędzy. Nawet nie spojrzał na śmieci. Spojrzał mi prosto w oczy z litością, która doprowadzała mnie do szału. Na jego twarzy nie było nienawiści, tylko głębokie zrozumienie mojej własnej duchowej nędzy.

Potem zmieniła się atmosfera centrum handlowego Aurora.