Godzina 14:00, poniedziałek

— Tak, proszę pana?

— Zostań. Proszę. Nie jako pokojówka. Jako… niania. Ktoś, komu mogę zaufać.

Maria oniemiała.

— Ja? Ale… ja tylko sprzątam dom.

— Wiem. Ale oni już pana kochają. I ja… nigdy nie widziałam, żeby ktoś ich tak pocieszał.

Jej oczy napełniły się łzami.
— Zrobię, co w mojej mocy, panie Alexandru. Obiecuję.

I tak rozpoczął się nowy etap w ich życiu. Maria przychodziła codziennie wcześnie, a bliźniaczki uśmiechały się na jej widok. Kiedy płakały, brała je w ramiona i śpiewała im cicho starą piosenkę, którą znała od babci z wioski.

Z czasem dom wypełniał się śmiechem. Dziewczynki stawały się coraz weselsze, a Alexandru stopniowo odzyskiwał siły. Nie był już zagubionym człowiekiem przytłoczonym smutkiem. W jego oczach znów pojawiło się światło.

Pewnego ranka, gdy przygotowywali śniadanie, Alexandru spojrzał na Marię i powiedział:
— Uratowałaś moją rodzinę. I nawet nie wiesz jak.

— Nie mnie, panie Alexandru. To one mnie uratowały, odpowiedziała z uśmiechem.

Bo w głębi duszy Maria wiedziała, że ​​te dwie dziewczynki wypełniły pustkę po jej utraconym dziecku. Kochała je jak własne córki.

A dom Munteanu, niegdyś pełen cierpienia i płaczu, stał się teraz miejscem, gdzie miłość leczyła wszystko.

Czasami odpowiedzi nie przychodzą ze szpitali ani z drogich terapii.

Czasami pochodzą one z prostego serca, które potrafi mocno trzymać, kołysać i kochać.