— Tak, proszę pana?
— Zostań. Proszę. Nie jako pokojówka. Jako… niania. Ktoś, komu mogę zaufać.
Maria oniemiała.
— Ja? Ale… ja tylko sprzątam dom.
— Wiem. Ale oni już pana kochają. I ja… nigdy nie widziałam, żeby ktoś ich tak pocieszał.
Jej oczy napełniły się łzami.
— Zrobię, co w mojej mocy, panie Alexandru. Obiecuję.
I tak rozpoczął się nowy etap w ich życiu. Maria przychodziła codziennie wcześnie, a bliźniaczki uśmiechały się na jej widok. Kiedy płakały, brała je w ramiona i śpiewała im cicho starą piosenkę, którą znała od babci z wioski.
Z czasem dom wypełniał się śmiechem. Dziewczynki stawały się coraz weselsze, a Alexandru stopniowo odzyskiwał siły. Nie był już zagubionym człowiekiem przytłoczonym smutkiem. W jego oczach znów pojawiło się światło.
Pewnego ranka, gdy przygotowywali śniadanie, Alexandru spojrzał na Marię i powiedział:
— Uratowałaś moją rodzinę. I nawet nie wiesz jak.
— Nie mnie, panie Alexandru. To one mnie uratowały, odpowiedziała z uśmiechem.
Bo w głębi duszy Maria wiedziała, że te dwie dziewczynki wypełniły pustkę po jej utraconym dziecku. Kochała je jak własne córki.
A dom Munteanu, niegdyś pełen cierpienia i płaczu, stał się teraz miejscem, gdzie miłość leczyła wszystko.
Czasami odpowiedzi nie przychodzą ze szpitali ani z drogich terapii.
Czasami pochodzą one z prostego serca, które potrafi mocno trzymać, kołysać i kochać.