Godzina 14:00, poniedziałek

„Nic nie zrobiłam, pani doktor”. Po prostu wzięłam je w ramiona. Może potrzebowały… miłości.

Wiktoria spojrzała na nią krótko, po czym zwróciła się do Alexandru.

— Panie Munteanu, dzieci nie da się wyleczyć prostymi gestami.

— Wiem, odpowiedział, ale… proszę na nie spojrzeć. Śpią. Po raz pierwszy.

Lekarka podeszła do łóżeczek i położyła dłoń na czole Isabeli. Była zimna, bez gorączki. Jej oddech był spokojny. Nie było śladu dyskomfortu.

W pokoju było ciszej niż od miesięcy. Na zewnątrz słońce łagodnie zachodziło nad dziedzińcem pełnym róż i po raz pierwszy ta willa, zawsze pełna płaczu i napięcia, miała atmosferę domu.

Alexandru usiadł na brzegu łóżka i zakrył twarz dłońmi. Łzy płynęły bezwstydnie.

— Myślałem, że przepadli, wyszeptał. Nie miałem już żadnej nadziei.

Maria, z Isabelą w ramionach, spojrzała na niego łagodnie.
— Czasami, panie Alexandru, Bóg zsyła odpowiedzi przez prostych ludzi.

Wiktoria zacisnęła usta. — Z całym szacunkiem, nie możemy mówić o cudach. Musimy znaleźć medyczne wytłumaczenie.

— Szukaj tego, ile chcesz — odparł zmęczony Alexandru. — W końcu będę się cieszyć spokojem.

Lekarz westchnął, ale nic więcej nie powiedział. Wyszła z pokoju, a jej kroki zagłuszyły korytarz.

Maria ostrożnie położyła dziewczynkę w łóżeczku i szykowała się do wyjścia. Ale Alexandru wstał i ją zatrzymał.
— Zaczekaj.

Odwróciła się zaskoczona.